środa, 17 sierpnia 2016

Mój dzień w Wicklow

Wakacje. 
Piękny, jak zwykle pogodowo nieprzewidywalny poranek w Irlandii obudził nas około   9 rano. Zaplanowaliśmy na dzisiaj wycieczkę na klify do Wicklow, miejscowości oddalonej od naszej przystani o kilkanaście kilometrów. Żadne znaki na niebie i ziemi nie zapowiadały tego, co miało się dzisiaj wydarzyć. Do dziś zastanawiam się, czy sam główny zainteresowany był do końca pewny, że to będzie TEN dzień. Nic poza moją intuicją, przez która na clif walk wystroiłam się w sukienkę… wszelki komentarz jest zbędny, dzisiaj zrzucam to na intuicję. NA SZCZĘŚCIE, nie podróżowaliśmy sami i nasz przewodnik szybko wybił mi z głowy długą, plączącą się między nogami kieckę.  
            Zatem Clifs of Wicklow (nazwa nadana przez nas) okazały się zjawiskiem, olśnieniem. Ciężko opisać dokładnie widoki z uwagi na totalnie zmienną pogodę tego dnia, chociaż może to właśnie powodowało, że doświadczyliśmy tak wielu niesamowitych obrazów. Wędrówka słońca, które raz bardzo mocno grzało żeby zaraz schować się za chmurami, powodowała, że morze mieniło się tysiącem barw. W jednej chwili można było dostrzec zarówno zieleń, granat i fiolet w takiej intensywności, że całość mogła z powodzeniem ubiegać się o miano dzieła sztuki. Perfekcji dopełniał kolor roślinności… trawy i krzewów mijanych po drodze. Teren był nieprawdopodobnie ciekawy. Z jednej strony przedzieraliśmy się przez krzewy dużo wyższe od ludzkich postaci, a zaraz naszym oczom ukazywało się rozległe pole golfowe z idealnie przyciętą trawą. Natura zdawała się łaskawie oddawać część siebie ludziom pod ich kontrolę i dla ich przyjemności, jednocześnie zagarniając swoją część wyłącznie dla siebie, z całą właściwą sobie intensywnością i tajemnicą. Szłam szlakiem, który nie należał do najłatwiejszych, zwłaszcza momentami, gdy idąc przy samym brzegu czuło się dudniącą o skalną ścianę wodę, a stąpając ziemia wydawała głuche odgłosy jakby ostrzegając przed zawaleniem.



Mimo wszystko było bajkowo. Moja artystyczna dusza aż podskakiwała w środku z radości, a nieposkromiona wyobraźnia co krok podsuwała kolejne obrazy cudownych wydarzeń jakie mogłyby mieć tutaj miejsce.
Wiele obrazów krążyło wtedy po mojej głowie, prócz tego jednego. Idąc w kierunku plaży, otoczona po obu stronach ścianami skal porośniętych niesamowicie zieloną roślinnością stwierdziłam: „Tutaj mogłaby umrzeć”, po czym wkroczyliśmy na kamienistą powierzchnię, gdzie z wody obserwowały nas foki. Nawet teraz słyszę szum fal uderzających o brzeg. Tam też stało się to, czego absolutnie nikt się nie spodziewał. Do tej pory wydaje mi się to wszystko bardziej fragmentem tamtych klimatycznych wyobrażeń niż rzeczywistością.
Tęsknie za tamtym krajobrazem, zapachem i dźwiękami, jakie otulały wtedy każdy milimetr mojego ciała. Szum fal chyba już zawsze będzie kojarzył mi się z niespodzianką. Sceneria jaką wybrał Pan G. była trafiona w sam środek tarczy. Ktoś kto znał mnie prawie siedem lat doskonale wiedział, gdzie nie będę umiała odmówić.
Ciekawe jest to, że kiedy byłam młodsza o zaręczynach myślałam bardzo wzniośle. Wyobrażałam sobie jakąś niewiarygodną niespodziankę na dachu wieżowca, latający baner albo przynajmniej jakieś uprowadzenie. Poza tym byłam pewna, że ten moment zmieni całe moje życie, że od tej pory będę innym człowiekiem. To ciekawe, bo tak samo myślałam o osiemnastych urodzinach i tak samo jak osiemnaste urodziny były niesamowitą chwilą, tak i tej chwili niczego absolutnie nie brakowało. Co dziwne, nie wydarzyło się nic, co do tej pory pozostawało w kręgu moich wyobrażeń pod hasłem zaręczyny. Poza niespodzianką nie było tłumu ludzi, pękających balonów, śpiewających słowików, jednorożców i innych. Byłam ja i On (i foki rzecz jasna - o dziwo nie klaskały). Tak naprawdę nie wiem co się wydarzyło od chwili kiedy Pan G. klęknął na kolano do momentu zorientowania się, że z jego plecaka wystaje telefon na statywie, który wszystko zarejestrował, a mimo to było właśnie tak jak powinno być. Czułam całą sobą, że to właśnie ten mężczyzna, ten moment, to miejsce.



Pisząc dziś tą relację, zastanawiam się co mogę napisać wszystkim tym dziewczynom, które ciągle na ten moment czekają. Po chwili refleksji wydaje mi się, że nic nie muszę pisać. To zabrzmi strasznie tandetnie, ale w tym tkwi niesamowita, głęboka prawda. Nie musicie się martwić, czy to ten, czy nie. Do wszystkich perfekcjonistek: nie bójcie się zostawić tą jedną sprawę całkowicie jemu. Wiem, że drżycie przed nieidealnością jego wizji i boicie się, że zrobi to akurat nie tak, jak wy od dawna sobie wymarzyłyście. Do wszystkich niecierpliwych: cieszcie się z czasu, który jeszcze przed Wami. Niech Wasze głowy tworzą cudowne wizje, a Wasze serca niech podskakują w radosnym oczekiwaniu. Jeśli to ten właściwy, doczekacie się. Jeśli to ten właściwy, zrobi to idealnie, dla Was. Jeśli to ten właściwy, wszelka niepewność zniknie jak tylko dopuścicie do głosu Wasze serca, czyli… odpuścicie analizę. Perfekcjonistki teraz mnie zlinczują, a niecierpliwce powieszą, ale najpiękniejsze chwilę w moim życiu przeżyłam bez głowy. Chociaż jestem perfekcyjnym kosmicznym niecierpliwcem, to nigdy nic emocjonalnie trójwymiarowego nie zdarzyło mi się dzięki dogłębnej analizie zjawiska i skrupulatnym zaplanowaniu szczegółów.

Bujająca w obłokach :)


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz